• Anna Liszewska

Kurz i pająki (GPT część 3)

Updated: Dec 14, 2020



Po opuszczeniu miasteczka Coya wędrowaliśmy ścieżką, która prowadziła brzegiem urwiska, w dole w niemałej odległości wiła się rzeka. W niektórych miejscach osuwisko całkowicie zabrało szlak i zmuszeni byliśmy prześlizgiwać się brzegiem nad samą przepaścią, przerażona wlepiałam się w kruszejącą skalną ścianę. Kiedy w końcu przestrzeń trochę się otworzyła i myślałam, że mogę spokojnie odetchnąć, stanęliśmy przed wąskim, ale głębokim wąwozem. Jedynym sposobem na dostanie się na drugą stronę była konstrukcja służąca za most. Wyglądał on, jakby był naprędce zbity z byle jakich desek. Dziurawy, a na dodatek jedna strona opadła i zwisała, utrzymując się tylko na wrośniętych korzeniach traw. Patrząc na niego, zastanawiałam się, w którym momencie runie. Zerknęłam z niesmakiem w dół. Wysokość była wystarczająca, żeby nieźle się poturbować. Niektóre deski wyglądały jednak jakby były w miarę nowym nabytkiem, a dobrze widoczny szlak sugerował, że trasa jest nierzadko używana. Przechodząc, próbowałam nie rozglądać się na boki i skupiać się tylko na kolejnym kroku. Nie małym zaskoczeniem było, kiedy ścieżka nagle skończyła się przed wysokim, drucianym ogrodzeniem z dodatkową warstwą drutu kolczastego oplecionego na szczycie. Nie było szans na przeskoczenie. Kręciliśmy się wzdłuż, szukając przejścia. Ogrodzenie miało łatę na łacie i wyglądało, jakby swoje już przeżyło, ale wszystkie dziury tak sprawnie naprawione, że nie było możliwości przeciśnięcia się. W końcu w rogu znaleźliśmy taką, która zapewne czekała na porządne łatanie. Była ona prowizorycznie przewiązana drutem kolczastym i przykryta kłującymi gałęziami, po ich usunięciu ruszyliśmy do akcji. Czołgając się po miękkim piasku, wciskałam się w podłoże, a Matúš co chwilę odczepiał drut, który nieustannie zahaczał się o moje ubrania. Będąc już z drugiej strony, zarzuciliśmy ją znalezionymi gałęziami i ruszyliśmy dalej.

Otoczenie powoli zaczynało się zmieniać. Wciąż było sucho, gorąco i piaszczyście, ale już nie była to pustynia bez roślinności i śladów życia. Otaczała nas spora ilość krzewów, a drzewa nie stanowiły już rzadkości. Krzykliwe papugi często przelatywały nad naszymi głowami. Na każdym kroku musiałam uważać, żeby nie nadepnąć na jaszczurkę, a myśli skutecznie były zagłuszane przez donośne cykady. Wędrowałam, rozkoszując się otaczającą nas naturą, oglądając każdego mijanego żuczka i robaczka. Nagle odskoczyłam do tyłu, prawie wpadając na Matúša idącego tuż za mną. Na mojej drodze znalazł się duży włochaty pająk. Nastroszony w pozycji bojowej skierowany był w naszą stronę. Na jego kłach zbierał się przezroczysty płyn. Na szczęście Ptaszniki Chilijskie nie są niebezpieczne, a ich jad porównywany jest z jadem pszczoły, ale osiągają one nawet do 7 cm długości (nie wliczając odnóży). Ten właśnie okaz robił niemałe wrażenie swoją wielkością i raczej nie chcieliśmy mu wchodzić w paradę. Od tej pory dosyć często je spotykaliśmy na naszej drodze. Zaczęliśmy na noc chować plecaki i buty w namiocie. Nie chcieliśmy znaleźć takiej niespodzianki w zakładanym rano bucie.

Ścieżka przykryta była drobnym piaskiem, który przy najmniejszym ruchu unosił się w powietrze, wyglądało to, jakby za nami ciągnęła się chmura dymu. Przyklejał się do spoconego ciała i bezczelnie pchał się do płuc przy każdym oddechu. Wędrując, nieustannie marudziliśmy na Arrieros. Wszędzie pełno puszek po piwie i butelek po winie. Wyglądało na to, że ich główna zasada to gdzie wypiłem, tam rzuciłem. Szlaki nieustannie rozgałęziały się i znikały. Byliśmy zmuszeni do ciągłego sprawdzania GPS-a. Jednak chwila nieuwagi wystarczyła i okazało się, że byliśmy 200 metrów od naszego szlaku. Zarośla wyglądały na dość gęste, ale znaleźliśmy wyschnięte koryto strumienia kierujące się w stronę, którą pokazywał GPS. Strumień początkowo był szeroki i bez problemów można było się nim poruszać, z każdym jednak metrem robił się coraz węższy i bardziej zarośnięty. Ciężko dysząc, przebiliśmy się przez ostatnie krzaki i byliśmy z powrotem na ścieżce. Przy kolejnym filtrowaniu wody nasz Sawyer pękł przy gwincie. Za pomocą dużej ilości kleju i taśmy udało nam się przywrócić go jako tako do funkcjonalności. Jedynym problemem stało się to, że filtrowanie wody zajmowało teraz wieczność. Nie byliśmy też pewni czy w którymś momencie nie padnie on na dobre. Potrzebny był nowy, ale przy wizycie w miasteczku okazało się, że w całym Chile nie da się znaleźć żadnego rodzaju filtra turystycznego, a chlorowanie jest jedyną metodą na uzdatnianie wody. Dobrze, że chociaż wybielacz można było znaleźć nawet w najmniejszych sklepikach. To właśnie on stał się naszym uzdatniaczem wody.

Tylko kilka szlaków na GPT zostało stworzonych z myślą o turystach. Pozostała większość to szlaki konne przeznaczone do przeganiania zwierząt na letnie pastwiska. Szlaki konne charakteryzują się małymi ostrymi męczącymi podejściami i zejściami. Dlatego schodząc w kolejną dolinę, zrobiliśmy solidną dawkę podejść. Szlak był częściowo poprzerastany, co dodało jeszcze trudności. W miejscu, gdzie mieliśmy przekroczyć rzekę, trafiliśmy na stado kóz i owiec pracowicie skubiących kępki traw i pojedyncze zarośla. Kilka mułów stało przywiązanych do krzewów. Brodząc w rzece, zauważyliśmy mężczyznę, który wyłonił się zza głazu i nas obserwował. Z uśmiechem na twarzy zaczął do nas machać i pokazywać, żebyśmy podeszli. Cztery kobiety i czterech mężczyzn siedząc w cieniu popijało cole z puszki, a na ogniu dopiekał się pokaźny udziec. Oboje dostaliśmy do ręki słusznych rozmiarów plaster przepysznego koziego sera. Za pomocą aplikacji tłumacza próbowaliśmy przebrnąć przez dyskusję, ale nie wychodziło nam to najlepiej, cóż...trening czyni mistrza.

Dzień zaczął się wyjątkowo łatwo. Wędrówka przez chłodny las dobrze oczyszczoną ścieżką była niesamowitą przyjemnością. Oczywiście tak zadbana trasa musiała skończyć się na czyimś podwórku. Wychodząc zza drzew, naszym oczom ukazała się chatka prowizorycznie pozbijana z blachy i desek. Dookoła biegały kury, a w niewielkiej odległości pasły się konie. Wyrwany ze snu kundel zaczął głośno szczekać. W tym samym momencie z chatki wyskoczył kolejny, bez ostrzeżenia jak torpeda od razu zamierzył się na łydki. Zasłoniłam się kijkami do chodzenia, które złapał w zęby. Pies zauważył, że nie za bardzo mu to wyszło i szybko skoczył na Matúša, który zwinnie odsuną się i skończyło się tylko głośnym kłapnięciem przy udzie. Na szczęście w drzwiach pokazał się właściciel, który rykną na zaciętego obrońcę. W przyszłości zdecydowaliśmy się dawać o sobie głośno znać przy podchodzeniu do zabudowań, zaskoczenie raczej nie było atutem.