• Anna Liszewska

Czy kiedykolwiek stanęła tu ludzka stopa?(GPT część 6)



W Europie wędrowanie przez łańcuchy górskie leżące na terenie kilku krajów nie sprawia żadnej trudności. W Chile i Argentynie już tak łatwo nie jest. W bardziej górzystych częściach kontrola graniczna znajdowała się często wiele kilometrów od granicy, czasami 20 km, czasami nawet 60 km. Co utrudniało sprawę, nawet jeśli chcieliśmy wędrować tylko wzdłuż granicy.


„RUTA! RUTA! RUTAAA!” krzyczał na nas strażnik graniczny, wbijając nerwowo ołówek w wiszący na ścianie szkic, który wyglądał, jakby został nakreślony przez dwulatka. Na „mapie” wszystkie linie prowadziły w jednym kierunku. Naszym celem nie było jednak przekroczenie granicy do Argentyny. Matúš przyłożył palec do wydłubanej ołówkiem dziury i ruszył powoli wzdłuż ściany, podążając po pustej części papieru, aż poza jego kontury. Patrząc na strażnika, obserwowałam tylko jak krew, napływa mu do policzków, a oczy jeszcze bardziej zwężają się ze złości. Brak naszej znajomości hiszpańskiego nie był tu zbyt pomocny. Ostatecznie przekonaliśmy go, że idziemy ścieżką w stronę wulkanu Chillan. Co o dziwo wcale mu nie przeszkadzało (wulkan był właśnie w pomarańczowym alercie, jest to prawie najwyższy w pięciostopniowej skali i nie powinno się do niego zbliżać). Gdybyśmy powiedzieli mu, że będziemy wędrować na przełaj przy granicy z Argentyną, nie pozwoliłby nam, mimo że nie jest to nielegalne. Zajęło trochę nerwów, czasu i tłumaczenia na migi, zanim w końcu pozwolono nam odejść.

Żeby obejść wulkan Chillan, wybraliśmy ścieżkę opcjonalną, która prowadziła równoległym grzbietem górskim. Problemem było to, że trasa była wytyczona dopiero w poprzednim sezonie i zostało zrobione to tylko na podstawie map satelitarnych. Nie mieliśmy żadnych informacji o kimkolwiek, kto przeszedł ten odcinek i nie wiedzieliśmy, co tak naprawdę na nas tam czeka. Musieliśmy przygotować się na możliwość, że po kilku bardzo ciężkich dniach wędrówki trafimy na przeszkodę nie do pokonania i będziemy musieli zawrócić. Ze względu, że ten odcinek miał aż 140 km. Zabezpieczyliśmy się w pokaźną ilość dodatkowego jedzenia i cały czas nieśliśmy dużą ilość zapasowej wody.




Na grzbiecie górskim jedyne ślady życia, na jakie trafiliśmy to odbicia łap pumy. Próbowaliśmy trzymać się jak najbliżej wytyczonych współrzędnych, ale teren nie był łatwy. Na naszej drodze roiło się od technicznie trudnych podejść i zejść. Miękki piasek na zmianę z kamienistym podłożem spowalniał naszą wędrówkę. Przecinaliśmy też sporadyczne pola śniegowe. Mimo trudności było naprawdę warto. Widoki zapierały dech w piersiach. W którą stronę nie spojrzeć aż po horyzont ciągnęły się góry poprzeplatane ośnieżonymi szczytami wulkanicznymi. Był to jeden z najpiękniejszych odcinków. Towarzyszyło mi dziwne uczucie, kiedy zastanawiałam się, czy kiedykolwiek stanęła tam ludzka stopa. Każdego dnia fizycznie wymęczona do granic możliwości, zasypiałam zakopana w śpiworze, wsłuchując się w uspokajającą górską ciszę.




Wędrowaliśmy na przełaj po wyschniętym dnie jeziora. Piekące słońce i praktycznie brak roślinności sprawiały, że czułam się jak na pustyni. Przy każdym kroku spowalnianym przez ciemny, miękki piasek przeklinałam ten dzień. Zerkałam na drogę, która w sporej odległości prowadziła równolegle z naszą trasą. Samochody przejeżdżały, wzbijając tumany kurzu, mimo to wędrówka nią byłaby o wiele łatwiejsza i krótsza. Dlaczego więc nie szliśmy drogą? Przechodziła ona przez punkt kontroli granicznej, który chcieliśmy ominąć. Jest on prawdziwą zmorą wędrowców GPT. Granica jest oddalona o ponad 30 km od niego, mimo to strażnicy wszystkim wlepiają pieczątki do paszportu, po czym pozostając w Chile, jest się tam nielegalnie. My chcieliśmy po kilku kilometrach skręcić w polną drogę, przez co nawet nie zbliżylibyśmy się do granicy. To, co robiliśmy, wydawało się dla nas super dziwne. Wyschnięte jezioro było płaskie jak blat stołu i z daleka widzieliśmy niewielki budynek kontroli granicznej. Myślę, że nie trudno było nas zauważyć, nawet z odległości wielu kilometrów. Zastanawialiśmy się tylko, kiedy pojawią się rozkrzyczani strażnicy galopujący na koniach. Jednak nikt nas nie gonił, nikt nie krzyczał. Ciszę przerywał tylko wiatr, który co chwilę tworzył wiry, niosąc piasek wysoko w powietrze.



Powoli wchodziliśmy w bardziej zamieszkałe tereny. Prawie codziennie mijaliśmy prowizoryczne zabudowania, coraz częściej ścieżka była szeroka i dobrze wydeptana. Trafiało nam się kupić ser, chleb lub jajka od ludzi mieszkających przy trasie. Czasami mieliśmy szczęście i udało nam się wynająć pokój lub domek od lokalnych mieszkańców. Po wielu dniach mycia się w lodowatych strumieniach, nawet lekko ciepły prysznic przynosił nieopisaną radość. Dbanie o higienę na szlaku było nie lada wyzwaniem. Najtrudniejsza była kwestia prania. Prąd był sam w sobie luksusem, rzadko kiedy trafialiśmy na miejsce, gdzie miejscowi posiadali pralkę. Doprowadzenie zakurzonych i przepoconych ubrań do użyteczności pochłaniało wiele czasu i energii. Piorąc je ręcznie, traciłam nadzieję, kiedy po raz enty woda wylewana z miski dalej miała czarny kolor.